środa, 18 lutego 2009

to nie ja

Długie smętne korytarze firmy telekomunikacyjnej .
Moloch .Babilon .
To stąd rozchodzą się wici polskiego internetu , szumiące serwery jak wielkie komary ,żłopią hektolitry danych z zasobów polskiego internetu. Są tak wielkie , że kształtem przypominają kabiny solarium.
Być może nie jednemu dzonemu mnemonicowi upiekła by sie mózgownica od takiej ilości danych i transferu .

To tu , w centrum dezinformacji , babel- babilon , centrum wszechświata komunikacyjnego rozpocznie się ta historia.
A jest to historia nielicha .

Setki lat gdy nie było internetu ludzie słali gołębie pocztowe.
Potem te latające szczury się tak rozmnożyły , że dziś strach przejść ulicą bo te drapieżńe gryzonie latają wszędzie totalnie pozbawione strachu.
Wiem , że wkrótce pewnie ktoś wyda komix o przygodach tajemniczego mordrercy miejskich gołębi .Który zostanie best-sellerem.
Niby ochrona praw zwierząt i takie tam .
Ale komu nie drgnęlaby powieka gdy wieli latajacy szczur spuszczajcy toxyczne pociski bombowe nie śmignąl w odleglości 10centymetrów od oczu .
Wszystkim tym którzy czują się poniżeni miejską gospodarką wspierania tych gryzoni - marzył się wyzwoliciel.
I pewnego dnia nadejdzie - w komixie ,a tej fali nikt nie powtrzyma .
I w końcu można będzie przejść po nieobsranych ulicach .Nie żywiąc lęku związanego z czołową kolizją z latającymi toxycznymi szczurami .

Dziś , gołebie pozostały. Ale niedosyt komunikacji również.

Albo może przesyt.
Świat niczym gnostycka jebana nicość zbliża się ku kształtowi ostatecznemu .Jedni - jedni informacji .
Gogielsfera .

Gogielsfera kontroli nad każdym i nad wszystkimi .
Wszechwidzące O z liter gugla .
Wszechwładne robociki matrixowe penetrujące otchłanie kodu html/css i nie tylko , indexujące hasła, puste słowa,martwe skorupy

By nabrać kontroli.Władzy.

Więc w tym centrum słowiańskiego internetu , gdy przechodzam sie zawilymi labiryntami , rownie pojebanymi jak przepisy które tam obowiązują , każdy dzien jest jak odpust .
Piekło to biurokracja.
Tyle wam powiem o ile ktoś to w ogóle czyta.

sobota, 14 lutego 2009

14 lutego. dzien swetrów z rombem.

14 lutego.
Wędrując po galerii bałtyckiej mijam niby-restauracje gdzie przy trzech różnych stolikach siedzą trzy różne osoby i każda z nich ma sweter ala kononowicz.To dzień konowicza - myślę- spada to na mnie jak objawienie .

Wikipedja rzecze iż jest to dzień patrona padaczki i podagry , dzień ustanowiony z okazji braku okazji do handlu , więć dzień stricte komercyjny.Ustanowiony w dodatku w okolicach święta na cześć greckiego bożka Pana .
No ale ktoś dziś wierzy wikipedii ?
W każdym razie w ten dzień patrona padaczki ludzie dostają istnych mózgopląsów i oczopląsów od natłoku wszechreklamy. Takiego oczopląsu , że nikt nie patrzy na straszące jak antyczna meduza szyby wystaw reklamowych ,z lęku przed zamieniem się w kamień , petryfikacją.Albo raczej stratą kilku minut które trzeba lepiej wykorzystać.W końcu czas to kapitał.
Każda sekunda życia to koszt rzędu kilku złotych/pensów/dolarów/funtów/centów- w zależności od człowieka.
Każdy oddech to strata , którą trzeba nadrobić.



Wystawy straszą helveticą , umieszczaną wszędzie jak znak jakiejś głębokiej helvetycznej-korporacyjnej konspiracji.

W każdym razie wizyta w tym miejscu przypomniala mi o londynie.
O tym , że pewnego razu wchodząc do pewnego domu handlowego o bardzo krętych schodach , krętych w sensie krętości nie zaś szerokości bo były dość szerokie , zobaczylem ludzi stojących na nich , jakby myśleli że są to schody ruchome .
Idąc w ich kierunku tylko czekałem aż marmurowe schody zaczną się porusząć , wydając dżwięk jak przy jakimś końcu świata.

Jednak schody się nie poruszyły, a ja mijąjąc osoby blokujące schody ze wzrokiem którego kanadyjscy strażnicy lotnisk mogliby używać zamiast paralizatorów , ruszylem dalej .


W strone wyjścia .